JUŻ WIEM

 

Nie wymyśliliśmy sobie porażki. Gdybyśmy wiedzieli, że w którymś momencie życia spotkają nas straszliwe rzeczy, bylibyśmy gotowi wyjść z siebie i uciekać. Zrobić wszystko, byleby uniknąć cierpienia. W sekundę podjęlibyśmy decyzję, polegającą na natychmiastowym zrzeknięciu się uczuć – być może raz na zawsze. To nasz instynkt, to podświadome mechanizmy. Lęk przed bólem. Nie chcemy pozwolić mu się opanować, nie oddajemy mu dobrowolnie kontroli nad własnym umysłem i sercem.

Zazwyczaj nie wiemy, kiedy nadejdzie najgorsze. To przychodzi niespodziewanie. Jeżeli wiemy, to równie szybko i bezrefleksyjnie potrafimy wmówić sobie, że wcale nie widzimy sygnałów ostrzegawczych. Może to tylko mylna interpretacja? Przywidzenie, przebłysk czegoś, co miało miejsce w przeszłości. Jakże chętnie zagłuszamy wszelkie alarmy ostrzegawcze, które zaczynają rozbrzmiewać wewnątrz naszych głów – nawet wtedy, kiedy cichy dźwięk staje się tak intensywny, że zaczyna przypominać niekończące się wycie syren. Nie odganiają one mgły, ona i tak nieuchronnie Cię pochłonie. Staniesz zbyt blisko niej i bezwiednie zaczniesz wkraczać w coraz głębszy mrok.

Taki przypadek przydarzył się również mi. Jestem ślepcem, który odzyskał wzrok. Straceńcem, któremu przywrócono życie, chociaż już nie miał siły, by błagać o swoje prawa. Dzieckiem, które się zestarzało, jednak wciąż nosi w sobie ślady dorastania w rozbitej rodzinie. Kobietą, której pozbawiono pięciu lat, setek wspomnień, znajomych – bliższych lub dalszych. Kimś, kto uznał, że nie może pragnąć niczego dobrego dla siebie. Rozszarpaną tożsamością, z której wydarto własne preferencje, zdolność do formułowania własnych myśli i werbalizowania ich. Do śmiechu w momentach, które zasługują na jego akompaniament. Pisarką, która nigdy nie zdołała spełnić swojego marzenia, a co bardziej groteskowe – przestała pisać. Jednak to, co powinno wybrzmieć najdobitniej, to fakt, że dalej jestem. I mogę opowiedzieć swoją historię.

Zawsze łaknęłam miłości. Czułam podskórnie, że poszukuję jej z egoistycznych pobudek. Brak ojca to nie nowość w naszym społeczeństwie, to niemal obowiązkowy punkt w budowaniu swojej tożsamości zbyt wielu dziewczynek. Tych czekających na kogoś, kogo tak naprawdę nie ma. Na postać wprost z naszych snów, zazwyczaj na jawie. Jawi się jako bohater, ktoś nieuchwytny, jednak mogący stać się ratunkiem, kiedy liczymy na pomoc. Problematyczną kwestią jest to, że nierealne wyobrażenie na temat figury ojca ma to do siebie, że nie jest prawdą. Tylko tak bardzo pragniemy w nią wierzyć. Wybaczamy wiele, nieobecność, porzucenie, brak zainteresowania. Wybaczamy, bo może nie jest za późno i nadejdzie chwila, w której tatuś zawita do naszych drzwi, rzucimy się sobie w ramiona. Zawita, ale już zostanie. Znajdzie dla nas czas, wysłucha wszystkich trosk. Zetrze łzy i będzie bronił, bo przecież nie zrobiłyśmy nic złego. Mijają lata i ten dzień nie nadchodzi. Poniekąd wiemy, że nie można bez końca szukać prawdy w bajkach, ale zawsze pozostaje w nas jedna, mikroskopijna cząstka o bardzo ostrych krawędziach. W niej magazynujemy nasze nieziszczone sny. Chowamy ją przed światem, staje się naszą wyjątkowo skrupulatnie chronioną tajemnicą. Sekret jako amulet, ozdoba na całe życie. Niechciana biżuteria, zakorzeniona tak głęboko, że nie zdołamy się jej pozbyć, kiedy będzie za późno. Spoiler, będzie.

 

 

Komentarze