loop

 

Mrok i chłód. Te dwa zjawiska towarzyszyły mi na każdym kroku. Chociaż starałam się chować je głęboko w sobie, chociaż codziennie przywdziewałam maskę uśmiechu i wesołości, one wciąż tam były. Równie niewdzięcznym kompanem moich życiowych perypetii okazał się lęk, wyjątkowo parszywe uczucie, ogarniające człowieka niczym fale żrącego kwasu, wylewanego wprost na czubek głowy, wodospadami spływającego aż po końce palców u stóp. Nikt tak naprawdę nie usłyszał ode mnie, czego się bałam, przed czym uciekałam. Bo, pomimo tego, że chciałam stać się dla kogoś kiedyś wystarczającą, to wplątywałam samą siebie w swoisty paradoks. W praktyce niczego nie obawiałam się bardziej, niż okazania się dla kogoś wystarczającą na dłużej, podskórnie odczuwając, że najlepiej będzie mi samej. Że tylko w takiej konfiguracji, gdzie nie ma wokół mnie nikogo będę prawdziwie spełniona. Nie umiałam przebaczać, a każdy zawód, każdą przykrość zostawiałam sobie na później, niczym deser, którym uwielbiałam delem ktować się latami -  w kompletnej samotności. Zadry, które powstawały we mnie po paskudnych czynach ludzi wokół mnie, były bardzo głębokie, jednocześnie po brzegi wypełnione gęstą masą żółci. Jeżeli ktoś mnie skrzywdził, nigdy nie byłam w stanie o tym zapomnieć. Mogłam udawać, że potrafię i wmawiać sobie, jak szlachetne jest moje podejście do kwestii porzucania złych emocji. Ale żal zostawał. Raz skażony obraz człowieka, niezależnie od tego, za jak bliskiego go uważałam, na zawsze pozostawał skażony. Nie potrafiłam spojrzeć na niego inaczej, niż jak na zniekształcony obraz -  taki, który często można zobaczyć w popękanym zwierciadle. Nawet po upływie wielu lat, w ciągu których wydarzyło się tyle, że teoretycznie nie powinnam pamiętać o wszystkich trudnych momentach, wciąż jawią się jako niezwykle żywe. Takie, które bez absolutnie żadnego wysiłku są w stanie w ułamku sekundy pojawić się pod moimi powiekami, ze wszystkimi detalami, rekonstruowane z dbałością o każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Często patrzyłam na nowe figury, stopniowo zyskujące swoje odrębne cechy, powoli formującą się tożsamość i nie mogłam przestać się zastanawiać, czy oni też wciąż są niewolnikami przeszłości. Czy też zastanawiają się nad wszystkimi swoimi traumami z równą mojej częstotliwością? Jednak, wydawało mi się, że odpowiedź na to pytanie jest przecząca. Przynajmniej lubiłam tak myśleć, bo to przecież zapewniało mi poczucie wyjątkowości, byłam w czymś jedyna i bez wahania mogłam uznać się za zwycięzcę w wymyślonej przeze mnie kategorii samobiczowania się. Tyle, że są dobre i złe wygrane, a sukces tego pokroju raczej należałoby włączyć do tej drugiej kategorii. A najmocniej zapadały mi w pamięć rany zadane przez płeć przeciwną. Nie pamiętam, od kiedy dokładniej sprawy przybrały taki obrót. Może od zawsze? Chyba w zasadzie tak było. To bezapelacyjnie było źródłem ogólnego niezadowolenia i nieustannego zamartwiania się, ponieważ tak mocno, jak stroniłam od jakichkolwiek uniesień miłosnych, tak samo poszukiwałam ich na każdym kroku. Nienawidziłam być zakochana, a jednocześnie co chwilę uznawałam, że kolejne osoby przestają dla mnie być zwyczajnymi, nic nieznaczącymi postaciami, w zamian stając się obiektami westchnień. Fakt, że większość swojego dorosłego życia spędziłam na tkwieniu w różnorakich związkach jest wyraźnym dowodem na istnienie tego pokręconego paradoksu. Regularnie zastanawiam się nad tym, kim byłabym, gdybym tak usilnie nie starała się być zależną od kogoś innego, bo uzależnienie emocjonalne czy też od samej ,,miłości” pochłaniało znaczącą większość mojego potencjału i sił życiowych.  Może nie byłabym laureatką żadnego literackiego plebiscytu, ale w takim razie – kim bym była? A może byłoby tak, jak jest teraz?

Komentarze