kolejny dzień rozpoczyna się od dźwięku dochodzącego z kuchni. jak w zegarku, pół godziny przed uruchomieniem budzika, ktoś zbyt głośno zamyka za sobą drzwi, ktoś postanawia zająć się przygotowywaniem jedzenia, upuszcza ciężki talerz na kuchenny blat. półprzytomna zwlekam się z łóżka. otępiała, na wpół owładnięta sennymi historiami. dzieje się w nich tak wiele, niektóre mnie przerażają, inne zmuszają do zastanowienia się, wszystkie nabudowane wokół rdzenia przeszłości. brakuje mi jej, tak samo jak mojego dawnego życia. już od dawna nie miałam poczucia, że robię coś właściwego, że dbam o siebie i nie jestem twarzą zlewającą się z masą innych ludzi. ale tak łatwo było mi stracić kontrolę. uciec od samej siebie. robić rzeczy, które były ze mną sprzeczne. rezygnować z zainteresowań. z czytania. w końcu z myślenia. musiałam zapewnić sobie hałas. nieustannie coś musiało odwracać moją uwagę. bzdurne filmiki, seriale, artykuły plotkarskie. papka informacyjna, ciągły hałas. zawsze wypełniony słowami, treściami które już znałam, zapętlone odtwarzanie. byle nie słuchać muzyki, muzyka wywoływała emocje i strach. niepokój. przestałam podnosić głowę, podczas mijania przechodniów na ulicy spuszczałam wzrok. wyspecjalizowałam się we wszystkich możliwych sposobach na rozpraszanie samej siebie. przyzwyczaiłam się do zgiełku, oduczyłam rozmawiania ze sobą w myślach. już nie budowałam pełnych zdań, mówiłam do siebie urywanymi komunikatami. w zasadzie, na zasadzie wprawionej w ruch materii, przemieszane fragmenty zderzały się ze sobą podczas orbitowania wewnątrz mojej głowy. brak jakiegokolwiek porządku i chaos, ale nie ten, do którego miałam swego rodzaju szacunek. rozpaczliwa mieszanka, pozbawiona sensu i celu. i lgnięcie do ludzi, którzy wcale nie powinni znaleźć się w moim życiu. upływający czas zmieniał się w mglisty obraz, z którego nie sposób wyodrębnić istotnych wydarzeń. przemielony do granic możliwości, przestałam rozumieć swój los. zapomniałam o sobie i zaczęłam cierpieć. dalej czuję ból, głównie wywołany własnymi decyzjami. nie potrafię sobie od razu wybaczyć, chciałabym umieć wymazywać wszystkie swoje złe decyzje i na ich miejsce przywołać nadzieję na lepszą przyszłość. mówić tak, żeby nie żałować słów wypływających z moich ust. bawić się tak, żeby nie tracić nad sobą kontroli. mieć ludzi, z którymi możliwe jest osiągnięcie prawdziwej bliskości. a jeśli nie, zaakceptować ,,samotność". dlaczego ujęłam to słowo w cudzysłów? bo brak spotkań i wiadomości nigdy mnie nie dobijał. lubiłam być sama, ale to było kiedyś, kiedy nie uciekałam od samej siebie. hobbystycznie się wyniszczam, a czas mija i mija. mija. nie zatrzymam go, bo nie jestem wszechmocna. ale skoro spędzam ze sobą całe życie, mogłabym w końcu sobie odpuścić zadręczanie się. pomóc samej sobie. wyleczyć się i dopiero lgnąć do innych. nie na siłę i nie za wszelką cenę. i nie w taki sposób. wiem, że dam radę odzyskać swój umysł. że nie zostałam pokonana przez swoją autodestrukcyjną stronę. że potrzebuję czasu, że nie mogę sobie wyznaczać terminów, tylko zawalczyć. nie poddawać się. i wyrzucać z siebie myśli, bo na razie tyle jestem w stanie zrobić dla samej siebie. w trakcie rozmowy trudniej sformułować prawdziwe uczucia. zresztą, ciągle mam wrażenie, że coś mnie od tego powstrzymuje. pamiętnik da mi fundament, na którym zbuduję siebie taką, jaka być powinnam.
Komentarze
Prześlij komentarz