kiedy wszystko się kończy, zostajesz wepchnięta w próżnię. w nicość. ściany wcale nie zaciskają się na Tobie w morderczym uścisku, tylko zaczynają się rozmywać, tracisz zdolność do odróżniania barw. wokół Ciebie krążą jedynie słowa, których nie jesteś w stanie się pozbyć. odganiasz je jak muchy, dłonie wbijają się w nadlatującą chmarę, ale zamiast spokoju odczuwasz narastające łaskotanie. nie wiesz, co możesz jeszcze zrobić, bo poza nimi doświadczasz tylko narastającej pustki. i wsiąkasz w to gryzące powietrze, delikatnie się krztusisz, ale tylko przez chwilę.
i nagle wszystko znika. nie czujesz, nie widzisz. nie pragniesz. nie masz siły uciekać, odganiać, żądać ukojenia. po chwili łakniesz powrotu much, bo przynajmniej dostarczały Ci doznań. wątpliwych, obrzydliwych, ale jednak coś przypominało Ci o tym, że jeszcze nie zdołałeś zdezintegrować się w pełni. jakoś żyjesz. jakoś.
karuzela powrotów i ucieczek od Toksyka sprawiała wrażenie mechanizmu o nieskończonych pokładach energii. dwa lata, w których jedynie początek dawał siłę na walkę o własne dobro. tak łatwo zebrać wszystkie marzenia drugiej osoby, po czym równać je z ziemią - jedno po drugim. na przemian błagać o powrót, potem samemu udowadniać, że tej osoby się w ogóle nie chce, doprowadzać do skrajnych stanów, a potem obarczać winą za niezróważenie psychiczne. zdradzać, szukać podniet, spotykać się z byłą, jarać się potajemnie dziesiątkami dziewczyn. oświadczać się po przyłapaniu na zdradzie. i odciągać od szczęścia.
zanim Toksyna dostała się do mojego krwiobiegu, miałam wokół siebie kilkanaście osób, niektóre zdecydowanie okazywały mi zainteresowanie, liczyły na coś więcej. czerpałam z tych gromadzących się wokół mnie niedopowiedzeń. ale wybrałam źle. wybrałam kogoś, kto chciał mnie zbrukać. zachwycał się moim ciałem, energią. wszystkim. wrażliwością, by po kilku miesiącach uciekać od jakiejkolwiek bliskości - w zasadzie, we wszystkich wymiarach i płaszczyznach relacji. a ja uciekłam od potencjalnych DOBRYCH, prawdopodobnych WŁAŚCIWYCH, żywiąc się nieustanną adrenaliną. ale w którymś momencie adrenalina już nie uderza Ci do głowy, tylko odbiera chęć na normalne funkcjonowanie. to będzie obrzydliwie trudna przeprawa i wiem to już w tym momencie. przestałam pisać na tak długo, bo wydawało mi się, że nie potrafię. że zgubiłam wszystkie piękne słowa, zastępując je prostackim językiem. jeżeli chodzi o brak konsekwencji w moim życiu, to chyba najwyższy czas to zmienić. nie uczyć się od nowa, ale przypomnieć sobie o własnej duszy. ona wciąż we mnie tkwi, mimo wszystko jestem w stanie wygrzebać z siebie resztki, które nade wszystko są nadpsute. ale to znajomy smak. regularne przypominanie sobie o bogactwie otaczającej mnie rzeczywistości to jeden ze sposobów, ale chcę z niego skorzystać. nigdy więcej nikt mnie nie oszuka. a tym bardziej zakompleksiony, wyzuty z uczuć Toksyk.
i nagle wszystko znika. nie czujesz, nie widzisz. nie pragniesz. nie masz siły uciekać, odganiać, żądać ukojenia. po chwili łakniesz powrotu much, bo przynajmniej dostarczały Ci doznań. wątpliwych, obrzydliwych, ale jednak coś przypominało Ci o tym, że jeszcze nie zdołałeś zdezintegrować się w pełni. jakoś żyjesz. jakoś.
karuzela powrotów i ucieczek od Toksyka sprawiała wrażenie mechanizmu o nieskończonych pokładach energii. dwa lata, w których jedynie początek dawał siłę na walkę o własne dobro. tak łatwo zebrać wszystkie marzenia drugiej osoby, po czym równać je z ziemią - jedno po drugim. na przemian błagać o powrót, potem samemu udowadniać, że tej osoby się w ogóle nie chce, doprowadzać do skrajnych stanów, a potem obarczać winą za niezróważenie psychiczne. zdradzać, szukać podniet, spotykać się z byłą, jarać się potajemnie dziesiątkami dziewczyn. oświadczać się po przyłapaniu na zdradzie. i odciągać od szczęścia.
zanim Toksyna dostała się do mojego krwiobiegu, miałam wokół siebie kilkanaście osób, niektóre zdecydowanie okazywały mi zainteresowanie, liczyły na coś więcej. czerpałam z tych gromadzących się wokół mnie niedopowiedzeń. ale wybrałam źle. wybrałam kogoś, kto chciał mnie zbrukać. zachwycał się moim ciałem, energią. wszystkim. wrażliwością, by po kilku miesiącach uciekać od jakiejkolwiek bliskości - w zasadzie, we wszystkich wymiarach i płaszczyznach relacji. a ja uciekłam od potencjalnych DOBRYCH, prawdopodobnych WŁAŚCIWYCH, żywiąc się nieustanną adrenaliną. ale w którymś momencie adrenalina już nie uderza Ci do głowy, tylko odbiera chęć na normalne funkcjonowanie. to będzie obrzydliwie trudna przeprawa i wiem to już w tym momencie. przestałam pisać na tak długo, bo wydawało mi się, że nie potrafię. że zgubiłam wszystkie piękne słowa, zastępując je prostackim językiem. jeżeli chodzi o brak konsekwencji w moim życiu, to chyba najwyższy czas to zmienić. nie uczyć się od nowa, ale przypomnieć sobie o własnej duszy. ona wciąż we mnie tkwi, mimo wszystko jestem w stanie wygrzebać z siebie resztki, które nade wszystko są nadpsute. ale to znajomy smak. regularne przypominanie sobie o bogactwie otaczającej mnie rzeczywistości to jeden ze sposobów, ale chcę z niego skorzystać. nigdy więcej nikt mnie nie oszuka. a tym bardziej zakompleksiony, wyzuty z uczuć Toksyk.
Komentarze
Prześlij komentarz