lina do wykorzystania

od jakiegoś czasu zastanawiam się nad szczęściem. zapewne dlatego, że przez większość mojego życia uparcie utrudniałam sobie do niego dostęp (do szczęścia, rzecz jasna).
bardzo łatwo było mi gubić poczucie sensu, przeważnie w ogóle go nie dostrzegałam. kiedy to się zaczęło? nie wiem, nie pamiętam. wystarczająco wcześnie, by weszło w nawyk. bagatelizowanie problemów to paskudne uzależnienie, a gdy raz się zacznie postępować w tenże sposób, to niezwykle trudno przestać.
jeżeli udało mi się zrobić najładniejszy rysunek, wmawiałam sobie, że Kasia z klasy 4a na pewno przygotuje coś naprawdę pięknego. A moja praca? Cóż, stawała się niewiele wartym bohomazem.
W domu dalej stoją segregatory, w których z ledwością mieszczą się podniszczone kartki z kolorowych bloków. Oczywiście, pokryte rysunkami każdego rodzaju. Właściwie nie każdego, ale tych, na które pozwalała mi moja wyobraźnia.
Ale czas mijał, a ja wciąż przypominałam sobie o Kasi. Niepokój wypełniał moją głowę i za każdym razem, kiedy swoją dziecięcą dłonią sięgałam po miękki ołówek, skupiałam się jedynie na ściskajacym się żołądku.
Jestem gorsza, więc po co się staram? Czy chcę się upokarzać? Przecież widzę - to nie jest zajęcie dla mnie. Jestem przeciętna, a więc powinnam zastanowić się nad innym zajęciem, czyż nie ?
Nie.
Wtedy tego nie rozumiałam, a to dziwne. Wydawało mi się, że tak wiele wiem, doświadczyłam rzeczy niedostępnych dla pozostałych. Wszyscy jesteśmy dorośli w wieku 11 lat, dopiero później nam przechodzi. Dociera do nas, jak bardzo jesteśmy bezradni wobec reszty świata.
Wydawało mi się, że lubię pisać. Doświadczałam miejsc i ludzi. Mocno. Wpływ spojrzeń wymienianych w półmroku, odgłos zimowych butów zatapiających się w błotnistej masie, dotyk chropowatej powierzchni zielonych ławek - wszystko zostawiało we mnie ślad. W zasadzie, powinnam docenić wrażliwość, to było wyjątkowe. Nauczylam się jej nienawidzić, a przynajmniej nieszczególnie lubić.
Eufemizmy dobrze ukrywają antypatię wobec zjawisk, zapamiętajmy to.
Jedno słowo mogło sprawić, że nie byłam w stanie zasnąć. Tygodniami walczyłam z ciężarem, obrzydliwą mieszaniną wstydu (bo potknęłam się idąc korytarzem i nadepnęłam na nowe, białe trampki koleżanki), poczucia winy (bo nie sprawdziłam się tak dobrze, jak chciałam), złości (nie można być aż tak bezwartościowym, więc czemu ja byłam) i uczuć, o których - prawdę powiedziawszy - wolałabym zupełnie zapomnieć.
Wyrzucałam nadpsucie z łatwością. Zostawiałam ślady we wszystkich zeszytach; kiedy nagły smutek albo antagonistycznie - radość - dopadała mnie w niespodziewanym momencie (cóż, średnio raz na kwadrans) od razu sprzątałam swój umysł. Pamiętam swój pokój z tamtych czasów. Istny chaos, ubrania wszędzie. Książki, rozrzucone pośród tamtego ,,wszędzie". Było mi dobrze, tak mimo wszystko.  Lubiłam pięlegnować bałagan, a dzisiaj nie jestem w stanie znieść nieuporządkowania.
I dalej to robię. Zaczynam, z silnym przekonaniem, że nigdy nie dokończę wiersza, opowiadania, listy rzeczy do zrobienia, myśli, studiów, życia...
I tak nawykłam do zastygania w połowie wykonywanego ruchu, że ta blokada wypowiadania się chwilami przyprawia mnie o mdłości.

Wiem, wielość wątków jest słuszna.
Nie obiecuję sobie poukładania.
Chcę tylko być szczęśliwa.
Myślę o linie. Co mogłabym z nią zrobić, gdybym przypadkowo miała jedną do wykorzystania? Dzisiaj wyszarpałabym kilka - lub nieco więcej - nitek do wiązania uchwytów bombek. To dobra wizja, nic destrukcyjnego.
Dzisiaj zrobiłabym coś pożytecznego.
Jutro też się postaram. Prawda?

Komentarze