przyjemnie jest w końcu zwolnić, zwłaszcza, jeżeli nadmiar informacji skutecznie dociążał nas przez zbyt długi czas. powrócenie do historii, którą odłożyło się na później i ponowne zanurzenie w potoku słów to luksus, którego smaku - jak mogłoby się wydawać - już nie pamiętam.
chciałabym wyrwać się ze szponów rutyny, a jednocześnie jest mi w niej nieprzyzwoicie wygodnie. jednocześnie od kilku dni marzę o niezapominajkach. zastanawia mnie, czy dalej tam są. czy w dalszym ciągu rosną tak licznie, czy przypadkiem nie zapamiętałam innego odcienia niebieskiego, a ich prawdziwa barwa wprawiłaby mnie w zdumienie. pragnę znaleźć się przy nich chociaż na krótką chwilę. mogłabym wreszcie odetchnąć pełną piersią. zatrzymać się, ale już tak naprawdę. nie udawać odpoczynku, a skutecznie dać sobie na niego szansę.
wygodniej jest myśleć, że niezmiennie rosną tak, jak je zapamiętałam. dni przelewają się przez palce, skutecznie znajdując każdą możliwą przestrzeń i najzwyczajniej w świecie umykają niemal niepostrzeżenie. zdaję sobie sprawę z ich upływu poniewczasie, ale nie odnajduję skutecznej metody na zatrzymanie ich. a jeszcze tyle przede mną.
to rodzaj metrum, od którego odwykłam. ale z pewnością zawsze kojarzyło mi się ze szczęściem i mieszanką budujących, dobrych emocji. a tych we mnie nie brakuje, chociaż niewątpliwie zmęczenie odcisnęło piętno na moim nastroju. na szczęście charakteryzuje go plastyczność, więc nie warto przyzwyczajać się do drobnych perturbacji.
ona też kochała niezapominajki. czy można żegnać kogoś na zawsze, ale powtarzać cały ceremoniał wielokrotnie, w nieregularnych odstępach czasowych?
wiem, że nie dam rady odzyskać pewnych rzeczy, a jednak echo jej głosu wcale nie wybrzmiewa ciszej. tak okropnie doskwiera mi jej brak.
czy pomiędzy drzewami dalej przepływa strumyk? czy powalone drzewa nie osunęły się nieco niżej?
szukam w pamięci bezpiecznych miejsc i niewiarygodnie mocno za nimi tęsknię. z nimi też chciałabym się należycie pożegnać, chociaż przecież nie porzucam ich na zawsze.
trudno wygrać dyskusję z samą sobą.
chaos i wielowątkowość, ale nic straconego. przynajmniej słowa znów znajdują ujście.
jednak, troszkę jestem na samą siebie obrażona. przyzwyczajam się do myśli, że przestałam władać tekstem - to on przejął nade mną kontrolę. niewygodne rozwiązanie, ale może kiedyś przypomnę sobie, jak pisało się dobrze, jak pisało się jakoś.
jak dopuszczać do głosu nie tylko płytkie frazy, a przede wszystkim duszę.
może jeszcze kiedyś ją usłyszę.
Komentarze
Prześlij komentarz